Death in June, czyli wszystkie świnie muszą umrzeć.

    0
    466

    W 1983 roku Douglas Pearce malował dość ponury krajobraz, do którego możemy się dzisiaj śmiało odnieść poprzez pryzmat wydarzeń z ostatniego dziesięciolecia na arenie europejskiej, by zbytnio nie ruszać się poza strefę komfortu.

    „They’re making the last film

    They say it’s the best

    And we all helped make it

    It’s called the Death of the West”

     

    Był wtedy przystojnym, szczupłym Brytolem o nogach atrakcyjnej sarny. Mieszkał pod Londynem – większość z nas mogła jedynie na mokro pomarzyć o złożeniu wizyty w ojczyźnie królowej Wiktorii, esejów Virginii Woolf, tostów z marmite i punk-rocka. Chodził na lewicowe pochody, machał sztandarami, pracował w kultowym Rough Trade i pławił się w hedonistycznym grzechu sodomy. Zdążył popełnić kilka świetnych utworów, jak „The Calling” jeszcze w Crisis czy „Heaven street”, którą współcześni neomaturzyści, jeśli oczywiście znają kontekst (bo znajomości historii nikt od nich nie wymaga), rozbierają na czynniki pierwsze pod kątem „gloryfikacji nazizmu”. Ciekawy ten post-modernizm. Zakłada zupełnie poważnie usty poważnych badaczy antropologów, iż „nie ma jednoznacznych kryteriów odróżnienia dobrej i złej interpretacji, można je conajwyżej odnosić do poprzednich interpretacji, które jednak nie kumulują się w „przyrost wiedzy” […], proces tworzenia kolejnych poziomów meta nie ma właściwie końca” (C. Geertz: Deep play: Notes of the Balinese Cockfight).

    Tajemniczym wydarzeniem było zniknięcie z szeregów DIJ Tony’ego Wakeforda, ale o tym w następnym odcinku…[v]

    Komentarze