Kurczaki i barany

0
118

Z obsesyjną czy maniakalną wręcz natarczywością nachodzi mnie leninowskie pytanie „co robić?”. I to, co gorsza, nie w wymiarze mojej indywidualnej egzystencji, ale w dużo szerszym kontekście – Polski, a nawet Europy. Bo tak się wydaje, że coś zrobić warto i to na wielu polach, bo gdzie się nie obrócić, dzieje się źle.

Weźmy tak na początek polską biedę. Niezależnie kto rządzi, biednych jakby przybywa i, niestety, coraz mniejszy to ma związek z bezrobociem. Niestety: bo oznacza to, że mieć pracę to nie to samo co mieć na życie. I wcale nie zanosi się na to, aby obecne zatrudnienie, mimo ozusowaniu wszystkiego co się da, a zatem i tzw. umów śmieciowych (które automatycznie przestały być dzięki temu „śmieciowymi”, a stały się „pełnowartościowe”) gwarantowało fundusz na tzw. godziwą emeryturę. Jaka byłaby ta godziwa też trudno orzec, ale chyba na żadną emeryturę ZUS gwarancji nie daje, więc dywagacje można zarzucić.

Wielu ekonomistów i zresztą nie tylko ekonomistów twierdzi, że sytuację mogłoby poprawić podniesienie kwoty wolnej od podatku. I były nawet takie obietnice od obecnych rządzących, ale składano je przed wyborami, a teraz – co zrozumiałe – sytuacja się zmieniła. Wszystko wygląda logicznie, bo niby jak obniżać podatki, czy chociażby luzować fiskalne lejce, skoro lada moment będzie wypłacane 500 zł na dziecko (co prawda drugie i dalej, ale mimo wszystko). Skądś te środki trzeba (za)brać.

Ale zostawmy sprawy przyziemne i przejdźmy do spraw wzniosłych. Na przykład taki wyrok TK – nie został on co prawda odczytany, ale za to wyświetlony w zorganizowanym ad hoc plenerowym kinie przez budynkiem rady ministrów. Powstało tam nawet coś na kształt miasteczka protestujących, choć chyba na razie wszystkie demonstracje przebiegają pod znakiem orderu uśmiechu, skoro słychać hasła jak „cała Polska dziś się śmieje, zaczynamy mieć nadzieję.”

Jeśliby jednak spytać, czego ci czy inni protestujący z nadzieją wyczekują można mieć pewien dysonans poznawczy, bo wydaje się, że przynajmniej część z nich podziela poglądy Kajetana P., który różnicę między mięsem ludzkim a mięsem kurczaka ma za nic. Myśl tę twórczo rozwinęła jedna z demonstrantek, która w pobłażliwym apelu napomniała słuchaczy, co by z tą atencją przypisywaną ludzkiemu życiu nie przesadzali. Już nie chodzi tylko o aborcję i sumienie lekarzy, ale w ogóle sprawa jest dużo prostsza: świat jest przeludniony. Może nie należy wyciągać z tej wypowiedzi daleko idących wniosków, np. takich że żyjemy w czasach ostatecznych, ale na ostateczne rozwiązanie na pewno nadszedł już czas. Sporo scenariuszy jest tu możliwych, z pomocą przychodzi nawet sama demografia ze swoimi prognozami, zgodnie z którymi Europa się wyludnia w całkiem szybkim tempie. W Polsce np. w 2080 r. ma być nas niemal 10 mln mniej. Niezły wynik. Nie wiem, co prawda, czy środowiska postępowe z dużych ośrodków miejskich taka perspektywa zadowala, bo może jednak wypatrują szybszego obrotu spraw. Dla chcącego nic trudnego, więc może być ciekawie.

Co zatem robić? Plan minimum – odróżniać się od kurczaków i baranów – to już nie lada wyzwanie, ale może warto, bo chyba to jedyna szansa, aby nas nie zjedli na obiad :-). W końcu ludzkie mięso ponoć wcale tak smaczne jak zwierzęce nie jest, ze względu na słodkawy smak.

Komentarze