Dlaczego Jarosław Kaczyński był w SS? Post-prawda was wyzwoli!

0
483

Wiara, jakoby kiedyś wódka była zimniejsza, kobiety gorętsze, kultura bardziej kulturalna, a pociągi punktualniejsze, zniknie dopiero z ostatnim człowiekiem. Ledwo jakieś pokolenie nabierze przekonania, że zmieniło świat na lepsze, zaraz odkrywa, że kiedyś schody były jakby mniej strome, jajecznica na boczku mniej szkodziła wątrobie i telewizja była ciekawsza. Generalnie – stare, dobre czasy są lepsze, bo są dobre i stare.

Na przykład, jeszcze rok temu świat był zdecydowanie lepszy, bo panowała w nim prawda, cała prawda i tylko prawda, a jej namaszczeni dystrybutorzy cieszyli się powszechnym zaufaniem. Wiem, bo mówili w telewizji i pisali o tym w gazetach.

I nie wiadomo, komu to przeszkadzało, ponieważ jakoś tak, z czerwca na lipiec wyszło na jaw, że strumienia całej prawdy, całą dobę lejącej się ze szpalt i ekranów, ludzie nie chcą więcej słuchać.

Gadające głowy przemawiają w pustkę, bo ich odbiorcy dawno poszli sobie, żeby porozmawiać z kim zechcą, o sprawach, które ich naprawdę interesują. W dodatku sami dobierają sobie liderów opinii, przez co padły ostatnie bastiony autorytetu, w rodzaju aktorów komediowych, emerytowanych bokserów i gwiazd telewizji śniadaniowej, niegdyś tłumaczących jak żyć, a teraz bez litości wyszydzanych przez hejterów.

Co gorsza, oni tam – w tym Internecie – nie tylko piszą i czytają, co im się podoba, ale niektórzy nawet kłamią i manipulują – rzecz nie do pomyślenia wśród poważnych redakcji, polityków, lobbystów, agencji public relations i tajnych służb rządowych. Przez tę rozwydrzoną swobodę Clinton już przegrała wybory, a wkrótce stopnieją lodowce i wraz z demokracją umrze ostatnia panda. Nastała ponura epoka post-prawdy, w której ludzie nie wiedzą, ile kosztują ziemniaki, co mają myśleć, ani jaka obowiązuje konieczność dziejowa.

Taki punkt widzenia nie dziwi u mędrca pokroju prof. Zybertowicza, człeka z wyraźnym konserwatywnym szlifem. Jego nawoływania, by technologicznemu postępowi zaciągnąć hamulec bezpieczeństwa, Internetowi nałożyć obrożę i kaganiec, a najlepiej odciąć prąd, przynajmniej brzmią wiarygodnie w sensie psychologicznym. Chociaż dziwi, że socjologiczna strona profesorskiej intuicji nie jest ciekawa, czy któreś z piętnowanych zjawisk nie wyniosły jego samego, razem z czcigodnym pryncypałem, na pałacowe urzędy. Mogło by się wtedy okazać, że sam pan Zybertowicz, wraz z Jego Ekscelencją Prezydentem, są ubocznymi produktami sił zagrażających demokracji, ale od takich wniosków – uchowaj nas Boże!

Niemniej retoryka zastanawia, bo w „Plusie Minusie” profesor przemawiał jako mąż uczony, a nie aktywny polityk i przedstawiciel władzy. Chyba, że wywiad o szkodliwości wolności w Internecie był podświadomym samobiczowaniem za nieuprawnione zwycięstwo, zdobyte przez wynaturzenia technologii. Niemniej, błędy te profesor – jako uczciwy demokrata i państwowiec – poczuł się w obowiązku zwalczać, i ja to nawet rozumiem.

Wszelako, co jest naturalne i wymagane u konserwatysty (nawet takiego, który mruga okiem, że robi antysystemową rewolucję), budzi osłupienie, gdy się ujawni u chorążych postępu. Takiego wysypu hurtowych nawróceń na tradycyjne wartości, w lewicowo-liberalnych mediach nie pamiętają najstarsi górale – przynajmniej od czasu Michnika, wycierającego dżinsy po kruchtach za pierwszej Solidarności.

Co dopiero przecież apostołowie postmodernizmu z zapałem relatywizowali wszystko, co im wpadło w ręce, w niuansowaniu dochodząc do wynalezienia u człowieka dwudziestu płci. Niech się tylko nawinęły jakieś dogmaty, tradycyjne przekonania, czy po prostu fakty, zaraz były dekonstruowane i wywracane na nice, żeby dowieść słuszności przekonania o względności wszechrzeczy. Wielkie fabryki medialnych młotków pracowały nad odbrązowieniem każdej postaci, myśli czy zastanej idei, która nadawała się na jakiś pomnik, czy chociaż wzór człowieczeństwa lub obywatelskości.

A gdy nic nie zostało do poddania w wątpliwość, w ten gar zatęchłego post-wszystkizmu z impetem wpadła post-prawda, ochlapując świat szlamem z góry do dołu. Ale było warto – choćby, żeby zobaczyć tę czeredę relatywistów, nagle żądających przywrócenia niepodzielności prawdzie i natychmiastowego mianowania jakichkolwiek autorytetów.  Już od tego widoku, wbrew utyskiwaczom, świat stał się lepszy i ładniejszy, a już na pewno weselszy.

Całkiem możliwe, że jak kiedyś socjaliści-luddyści niszczyli maszyny parowe, tak obrońcy demokracji będą wysadzać trotylem budynki Twittera. Ale, jak znam życie, prędzej czeka nas wysyp publikacji, opisujących zalety chińskiego Internetu. W samej tylko Kulturze Liberalnej ukazało się z tuzin artykułów o post-prawdzie, z których parę – mniej lub bardziej otwarcie – rozmyśla o cenzurze, jako ratunku dla liberalnej demokracji. O takich scenach dawniej mówiono, że Mrożek by lepszej nie wymyślił. Ale, choć mam znajomych w dziwnych częściach świata, rzeczywiście nie spotkałem mema, na którym ktoś z Shangqiu szkalowałby sekretarza Komunistycznej Partii Chin. Co by o tym nie mówić, liberalizm w Chinach trzyma się mocno.

Ale i prawda nie złożyła broni. W samym środku wojny z post-prawdą, najszacowniej opiniotwórczy magazyn w Niemczech, „Der Spigel”, przedstawił Kaczyńskiego, jako obwieszonego swastykami esesmana. I pomyślałem, jak pewnie wielu innych, że jeżeli między prawdą, a post-prawdą nie widać różnicy, to może nie warto przepłacać?

Komentarze